galopem-przez-zycie

czyli zawrotne tempo mojego życia

Wpisy z okresu: 1.2014

Kariera kobiety

15 komentarzy

Niektóre kobiety stoją przed wyborem:  kariera albo dziecko. Niestety często nie da się tego pogodzić, dlatego decydują się na karierę mimo nacisków ze stron męża i rodziny. Czy jest w tym coś złego? Przecież chcą spełniać swoje marzenia, rozwijać się, wspinać po szczeblach kariery…

Stając z mężczyzną Twojego życia przed ołtarzem i ślubując  mu miłość, obiecujesz tym samym, że zrobisz wszystko co tylko będzie możliwe, żeby był szczęśliwy. Miłość to rezygnacja z siebie dla drugiego- w każdej sytuacji, nawet tej która wymaga niesamowitego poświęcenia. Rezygnacja z życia zawodowego na rzecz rodzinnego jest poświęceniem. Chyba większość kobiet chciałaby czuć niezależność, zarabiać fortunę, być prezesem dużej korporacji, biegać po mieście na wysokich obcasach z kubkiem kawy w dłoni i czuć, że się realizuje. Tylko czy to faktycznie jest to, o czym marzą ich mężowie? Brak kobiety w domu, brak czasu dla siebie, brak dzieci i ciągły pośpiech. Rodzina na papierze.

Decyzja o dziecku nie może być odkładana w nieskończoność, bo zegar biologiczny tyka. Następuje czas kiedy trzeba podjąć decyzję. Ta decyzja jest trudna, bo czasem może wiązać się z tym, że po urlopie macierzyńskim nie ma do czego wracać. Zostanie zaszczytna funkcja gospodyni domowej urobionej po pachy w garach i pieluchach.  Bo kto w dzisiejszych czasach zatrudni młodą matkę? Chyba niewiele firm.

Jak to mówią- ryzyko. Myślę, że najważniejsze podczas podejmowania tej decyzji jest przypomnienie sobie tego, co się ślubowało przed ołtarzem. Wtedy podjęcie decyzji staje się prostsze. W miłości nie ma miejsca na egoizm.

Chamstwo i buractwo

8 komentarzy

Chamstwo i buractwo rozprzestrzenia się jak grypa żołądkowa… Jest wszędzie. Ta epidemia została zapoczątkowana przez dziwne istoty zwane ludźmi. Prawdopodobnie nie skończy się nigdy. Może jedynie wezbrać na sile. A może w sumie żyjemy w czasach gdzie osiągnęła punkt kulminacyjny? Patrząc na to co dzieje się wokół, spokojnie można wysnuć takie wnioski.

Jechałam ostatnio pociągiem IR. To dość istotne jaki to był pociąg. Dla tych którzy się nie orientują, IR to pociąg w którym wagony nie są dzielone na przedziały. Jeden wagon to jeden wielki przedział. No dobrze, wracając do sedna sprawy… jechałam tym oto pociągiem dobre 1,5h. Po czym, kiedy przyszło mi zbierać swoje manatki i wysiadać, okazało się, że po skosie siedziała moja koleżanka z klasy równoległej z gimnazjum i liceum. Nigdy się nie lubiłyśmy, bo najnormalniej w świecie byłyśmy przeciwniczkami w walce o serce pewnego młodzieńca. Nie muszę mówić kto ostatecznie wygrał:> Chociaż  teraz to nieistotne. Nie zauważyłam jej. Poczułam tylko czyjś wzrok na sobie, więc podniosłam głowę i spojrzałam. Ona. Popatrzyłyśmy na siebie i ani be ani me. Nic. Nawet głupie cześć. Udałyśmy, że się nie znamy. Nie uważam, że powinnyśmy zaraz wpaść sobie  w ramiona i zwierzać się co u nas słychać. Nie, nie, nie. Ale głupie ‘cześć’ to najzwyklejsza oznaka kultury, a nie okazywanie wielkiej zażyłości. No cóż brak kultury i dobrego wychowania .

Kolejny przykład? Ludzie nie rozumieją, że najpierw się wychodzi, później się wchodzi. Nagminna sytuacja na przystankach autobusowych, tramwajowych i w sklepach. Pchają się jakby im się makaron w domu przypalał. Chwila kiedy ktoś wychodzi z jakiegoś pomieszczenia trwa ile? Kilka sekund. Czy tak trudno poczekać aż ktoś wyjdzie, a potem na spokojnie wejść do środka? Oszczędzimy nerwów sobie i innym.

Nie toleruję par, które w miejscach publicznych zachowują się tak, jakby były same na całym świecie. Obściski, macanki, pożeranie się wzrokiem i całowanie się tak, że aż im ślina kapie na ziemie. Ohyda. I absolutnie nie mówię tego dlatego, że przemawia przeze mnie zazdrość. Uważam, że na takie rzeczy centrum miasta nie jest odpowiednim miejscem. Zachowujmy nieco intymności i pozwólmy innym spokojnie trawić śniadanie czy obiad. Niech im się treść żołądkowa nie cofa…

Rozmowy telefoniczne w tramwaju, autobusie czy pociągu? O tak! Historie jak było w pracy, szkole… niech wszyscy wiedzą, że tamta nauczycielka to wredny babsztyl, a  ciocia babci Wiesi kupiła nowego kotka. Toż to takie interesujące dla współpasażerów… Rozumiem, że można rozmawiać przez telefon, bo najnormalniej w świecie od tego są, ale trzeba myśleć kto tej rozmowy słucha i czy ma na to ochotę.

Mój apel jest taki: szanujmy się wzajemnie. Nie rozprzestrzeniajmy chamstwa i buractwa. Bądźmy kulturalni. A przynajmniej się starajmy…

„Zagubieni” to trzecia część książki z serii ‘Lacey Flint’ napisana przez S.J. Bolton.  Cała seria skupia się na różnych morderstwach. Główne zadanie pani policjantki Flint? Oczywiście nic innego jak tylko dorwać okropnego zbrodniarza, by zapłacił za swoje krwawe czyny.

„Zagubieni” to historia o zabójstwach jedenastoletnich chłopców. Jeżeli ktoś oczekuje krwi, wyprutych flaków i mózgów na ścianach, to niech się nawet za tę książkę nie zabiera. To książka która skupia się na „wytropieniu” przestępcy. Nie jest to kryminał z serii: „po pierwszym zabójstwie wiem kto zabija i przez 300 stron się nudzę”. To książka, która trzyma w napięciu do końca, cały czas. To książka bardzo realistyczna, bez kosmitów i elfów i bez ataku zombie. To książka, która wywołuje ciary na rękach nawet u najtwardszych:)

Tutaj  nawet najmniejszy szczegół, zdanie czy zwrot ma sens, ale by ten sens poznać trzeba czytać dalej, dalej i dalej… Nie, tej książki nie odkłada się tak sobie na półkę zanim nie dokończy się jej czytać. Jest to TRZECIA część całej serii, a trzyma w napięciu dokładnie tak jak dwie pozostałe. Nie wiem jak robi to autorka i skąd czerpie pomysły na swoje dzieła, ale  z pewnością ma talent. Co ciekawe? Tylko jedno wydawnictwo postanowiło przetłumaczyć i wydać jej książki. Szkoda tylko, że nie przetłumaczono na polski wszystkich książek napisanych przez Bolton, a skupiono się jedynie na tej serii.  Mimo wszystko, brawa dla wydawnictwa Amber i pani Agnieszki Kabala, tłumaczki.

Dodatkowa informacja:  Korekta książki do poprawy. Znalazłam błąd! Bo jak kobieta może powiedzieć:  „nie wiedziałem”? :>  Chociaż może profesor Miodek już pozwolił tak mówić…:)

Tłumacze nie mają łatwej pracy, zdecydowanie. Ale za to….jest fascynująca i zdecydowanie kreatywna. Dziś słów kilka o tłumaczeniu przepisów kulinarnych i nazw potraw.

1. Weźmy przykład znanej angielskiej potrawy „Ploughman’s lunch”. Oczywiście w dosłownym tłumaczeniu (czego tłumacz robić nie powinien, a może inaczej: czego DOBRY tłumacz robić nie powinien) nazwa ta oznacza „Śniadanie Oracza”. Pomyślmy jednak nad tym- siedzimy w restauracji, dostajemy menu a tam pozycja nr 12: „Śniadanie oracza”. Brzmi to tak zachęcająco, że  z pewnością każdy by się skusił. Zatem jak sobie poradzić z tym fantem? Najpierw trzeba się zastanowić z czego składa się ta potrawa. To danie to nic innego jak ogromna ilość mięsa, jaj, serów, chleba i warzyw na jednym talerzu. Można powiedzieć- NA BOGATO!:) W Polsce, danie które zawiera ogromną ilość mięsa, najczęściej nazywane jest daniem rzeźnika (np. Pizza Rzeźnika, Talerz Rzeźnika itd.) Problem w tym, że rzeźnik kojarzy się nieco brutalnie i krwiście, co również może zniechęcać. Śniadanie farmera? Brzmi lepiej. Rolnika? Czemu nie.

Druga cześć nazwy „lunch”. Owszem, w języku polskim już funkcjonuje ta nazwa, ale ja mimo wszystko uważam, że spokojnie można „lunch” zastąpić „śniadaniem” lub „wczesnym obiadem”. Ostatecznie „drugim śniadaniem”. Ja mimo wszystko skłaniam się bardziej ku pierwszej opcji.

2. „Toad- in- the- Hole” w dosłownym tłumaczeniu: „Ropucha w dziurze”. Brzmi pysznie. W rzeczywistości to nic innego jak kiełbaski zapiekane w puddingu Yorkshire. I myślę, że spokojnie można na tym zostawić tłumaczenie nazwy tej potrawy. Widząc tak przetłumaczoną nazwę, wiemy co jemy i z pewnością nie pomyślimy, że zaserwują nam na talerzu kawał ropuchy.

Nie, nie, nie. Nie myślmy, że to tylko w Anglii mają takie szalone nazwy potraw. Przykład? Polskie gołąbki, kluski leniwe? Istne szaleństwo dla tłumacza i niesamowite pole do popisu.

A teraz weźmy coś z przepisów kulinarnych….

Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego od tłumaczenia przepisów kulinarnych…co za problem: wymienić kilka składników i przetłumaczyć: pokrój, zetrzyj, wymieszaj, dodaj….

Ha! Błąd. Dlaczego? Angielskie masło jest solone, więc jeżeli w  przepisie z angielskiej książki kulinarnej wśród wymienionych składników  jest masło, w Polsce trzeba uwzględnić oddzielnie sól w przepisie. Angielska mąka jest już z proszkiem do pieczenia, więc kiedy nie weźmiemy tego pod uwagę, nie liczmy na to, że ciasto które robimy zgodnie z angielskim przepisem urośnie nam tak jak na obrazku. Część słowników (szczególnie te małe, raczej do niczego niż do czegoś)  mówi, że „saute” i „fry” to smażyć. A i owszem, prawda. Szkoda tylko, że pierwszy czasownik odnosi się do smażenia w bardzo małej ilości tłuszczu, podczas gdy drugi oznacza smażenie w głębokim tłuszczu.Prawie żadna różnica:)

Tak na dobrą sprawę to można wymieniać i wymieniać i….i jednak różnice między językami i kulturami są fascynujące:)

Ona vs. On

8 komentarzy

Tyle lat, tyle przeżyć, tyle różnic, a wciąż zafascynowani sobą…

On? Zapracowany, zapatrzony w monitor komputera i to nie tylko wtedy kiedy ma do skończenia jakieś projekty. W tle zawsze leci muzyka. Własna? A i owszem. Uwielbia odpoczywać na tapczanie i oglądać filmy. Wszelkiej maści. Sernikiem nie pogardzi nigdy. Spałaszuje go z uśmiechem i poprosi o dokładkę.  Podróże woli zostawić innym, ale to chyba dlatego że w młodości nie wyjeżdżał zbyt często z domu. Lubi zakupy. Ale głównie te muzyczno- gitarowo- wzmacniaczowe. Inne z braku wyboru przeżyje. Dusza towarzystwa. Gdzie się nie ruszy ma znajomych, a jak nie ma to zaraz będzie miał. Otwarty, uśmiechnięty człowiek. Spokojny i cierpliwy. Ze specyficznym poczuciem humoru. Lubi majsterkować, choć głośno o tym nie mówi. Potrafi uszyć piórnik, zrobić pudełko na biżuterię czy bombkę na choinkę. Pierścionek własnej roboty? No problem.

Ona? Wiecznie w książkach i to nie dlatego, że musi a dlatego, że chce i to uwielbia. Cisza. Kocha ciszę w której może zatopić się z dobrą książką i kubkiem gorącej kawy. Nie może siedzieć bezczynnie. Musi coś robić, żeby nie zwariować. Cokolwiek- od sprzątania w szufladach, przez spacer, aż po jazdę konną . Planuje wszystko- podróże te bliskie i dalekie. I te w marzeniach ma już zaplanowane od dawna. Chce zobaczyć jak najwięcej świata, bo świat jest dla niej fascynujący. Ludzie też, mimo tego że stroni od nich. Woli się im przyglądać niż z nimi rozmawiać. Właśnie przez to ma tylko (albo aż!) kilku znajomych. Oni jej wystarczą. Niecierpliwa, szybko się denerwuje, a już szczególnie kiedy coś idzie nie po jej myśli. Szybko płacze- ze wzruszenia też.  Kolekcjonuje wspomnienia, do których często wraca.

Razem? Razem uwielbiają smażyć naleśniki, tańczyć walca, pić wino, jeździć na rowerze, śpiewać w samochodzie, spacerować. A przede wszystkim BYĆ ze sobą.  

Nie ma przecież nic ważniejszego…

Kto czytał i jak wrażenia?:)

Przeczytałam tuż przed świętami i podejrzewam, że moje zdanie na temat tej książki może się znacznie różnić od tych, które czytamy w internetach:)

Chyba nie rozumiem dlaczego ta książka zrobiła takie wielkie BUM w literaturze. Zachęcona opiniami koleżanek i opowieściami jak to w wakacje na plaży w różnych częściach świata kobiety czytały książkę z „szarą okładką” stwierdziłam, że najwyższy czas uzupełnić braki i dołączyć do grona fanek Greya.

Przeczytałam. Owszem, dość szybko, ale chyba w moim przypadku to żadna nowość. Książka jest wciągająca. Młoda studentka, która ulegając urokowi przebogatego, przeprzystojnego i przeboskiego Greya ładuje się w tym samym w pewną „umowę”. No i cały pic polega na tym jaka to umowa. Oczywiście jak nie wiadomo o co chodzi w literaturze kobiecej, to chodzi o seks.

Mówią, że opisy ich dzikiego pożądania wywołują gęsią skórkę. No cóż, nie u mnie. Nie kręci mnie coś takiego. Szczególnie, że te opisy zajmują większą część książki. Obrzydzenie- to czułam czytając ich miłosne uniesienia.

Dziwi mnie też, że tę książkę napisała kobieta. I ta książka jest uwielbiana i wychwalana pod niebiosy przez miliony kobiet na świecie (ponad 2miliony sprzedane w UK- o zgrozo!). Nie wiem z czego to wynika…ukryte pragnienia? Przełamanie tematu tabu? Who knows.

No dobrze, podsumowując kolejnych części czytać nie zamierzam. W  przyszłym roku  ma być premiera filmu. Obawiam się, że jeżeli reżyser tego w jakiś skrupulatny sposób nie ogarnie, może wyjść z tego tani pornos dla nastolatków.  Trzymam kciuki, żeby film był na JAKIMŚ poziomie i idę czytać coś lepszego:)

Nowy rok.

2 komentarzy

Nie rozumiem tego świętowania.

Bo niby co świętujemy?

To, że przybyło nam lat? Czy może to, że kolejne noworoczne postanowienie nie zostało zrealizowane? To, że w kraju coraz gorzej, że rodziny rozbite, że brak nadziei, że ludzie są nieszczęśliwi czy może to, że głód na świecie i kolejne wojny?

Nie rozumiem, ale…

witaj nowy roku. Z całą nowością, którą przyniesiesz- witaj.