galopem-przez-zycie

czyli zawrotne tempo mojego życia

Wpisy z okresu: 2.2014

Bo niby po co…?

15 komentarzy

Na zajęciach padło pytanie: Dlaczego studiujecie? Czy to kwestia waszych ambicji, zdobycia wykształcenia, dyplomu?

Odpowiedź moich rówieśników mnie przeraziła. Co odpowiedziała większość? Że studiują, ponieważ naciskają na nich rodzice. Czują w domu presję, dlatego chodzą na zajęcia. Do tej pory nie mogę uwierzyć w to co usłyszałam. Dorośli ludzie, którzy nie mają własnego zdania, którzy nie potrafią się postawić, którzy nie mają własnych marzeń i ambicji? Chyba nie rozumiem.

Najgorsze jest to, że zdążyłam tych ludzi już nieco poznać i faktycznie jaka odpowiedź na to pytanie, takie ich podejście. Do wszystkiego.

A gdzie ludzie z pasją? Gdzie Ci, którzy kochają to co robią? Dlaczego ciągle słyszę narzekania ile to trzeba zrobić i jak dużo trzeba się uczyć?

Nie mówię, że nigdy nie zdarzyło mi się narzekać na studia, ale nie traktuję ich jako przykry obowiązek. Lubię to co studiuję i nie jestem przez nikogo zmuszana do chodzenia na zajęcia. Robię to, bo chcę. Chcę się rozwijać i zdobywać wiedzę w dziedzinie, która mnie interesuje.

Dlaczego ludzie nie rozumieją, że nie każdy musi skończyć studia i zajmują miejsce innym, tym bardziej ambitnym i chętnym do nauki…?

Ostatnie dni spędziłam za granicą. W miejscu, gdzie mieszają się kultury z całego świata, gdzie są miliony turystów bez względu na pogodę, gdzie jednocześnie pada deszcz i świeci słońce, a wiatr łamie parasolki.

Londyn. Na ulicach gwar. Uśmiechnięci czarnoskórzy ludzie zachęcają do kupna pocztówek, magnesów, koszulek, torebek, parasolek…Wszystko to oczywiście z napisem „London”. W okolicy sklep z polską żywnością. W sumie dobry pomysł na biznes, w Londynie często można usłyszeć nasz natywny język. W kawiarniach Hindusi. W metrze Hiszpanie. W sklepie Niemcy. W muzeum Japończycy. Przed pałacem Buckingham- Koreańczycy.Nawet Chińczycy mają tu swoją dzielnicę. Halo, a gdzie obywatele UK? Są, ale w mniejszości.

Wielokulturowość. Każdy ze swoim językiem, ze swoją kulturą, zwyczajami, religią, historią przyjeżdża do tego miejsca. Każdy w innym celu. Każdy przywozi ze sobą coś swojego. Kawałek swojego kraju. Przecież to jest fenomen w każdym calu! Cały świat w jednym miejscu. Niesamowite.

Londyn jest wyjątkowy. Podróżowanie i obserwowanie jest piękne. Ludzie są fascynujący, a wspomnienia niezapomniane. I tylko moje.

Kocham podróże!

Urzeka mnie w niektórych ludziach ich ciepło. Takie prawdziwe ciepło, które bije od nich na kilometr. Ich codzienna radość w oczach i uśmiech na twarzy. Ich spokój i opanowanie nawet w najbardziej stresujących sytuacjach. Podziwiam ludzi, którzy potrafią milczeniem załagodzić sytuację a jednocześnie umieją walczyć o swoje.

Jechałam ostatnio tramwajem. Stałam z przodu, tuż za szybą oddzielającą motorniczego od pasażerów. Podjechaliśmy na skrzyżowanie, tramwaj miał czerwone światło, więc się zatrzymaliśmy. Ludzie zaczęli przechodzić na pasach, tuż przed tramwajem. Koniec zielonego. Czerwone. I wtedy na pasy wkroczyła staruszka. Niska, skulona, z siwymi włosami. Z racji tego, że szła o lasce, przechodziła bardzo powoli. Motorniczy strasznie się wkurzył. Miał zielone światło i przez nią nie mógł ruszyć. Zaczął krzyczeć i trąbić. Co zrobiła staruszka? Zatrzymała się na tych pasach, uśmiechnęła się serdecznie, pomachała motorniczemu, przesłała buziaczki i poszła dalej.

Co trzeba mieć w sobie, żeby tak zareagować? Ile trzeba mieć w sobie cierpliwości i radości z życia, żeby uśmiechnąć się szczerze do kogoś kto właśnie Cię obraża? Skąd to czerpać? Nie wiem, ale chcę znaleźć odrobinę tego czegoś w sobie…

Tym razem moja potrzeba na ciepłą, wzruszającą i przepełnioną po brzegi miłością książkę została zaspokojona.

„Stokrotki w śniegu” to książka, której akcja toczy się kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Tak, zdaję sobie sprawę, że świąteczny czas już minął, ale mi jakoś specjalnie to nie przeszkadzało. To historia o mężczyźnie, który dzięki jednemu wydarzeniu w swoim życiu postanawia zmienić siebie i swoje podejście do świata. Chcąc naprawić wyrządzone szkody ludziom, zaczyna błagać ich o przebaczenie. Czasem mu się to udaje, czasem nie…

Historia opisana przez Evansa przypomina mi tę, napisaną przez Dickensa. Z tym, że ta jest unowocześniona.

Chyba nie muszę pisać jak kończy się książka. Może nie ma tu jednego wielkiego happy endu, ale książka z pewnością jest wzruszająca. Do tego stopnia, że pod koniec miałam nieco zaszklone oczy. Ale tylko trochę!:)

Polecam wszystkim, którzy chcą się zastanowić nieco nad relacjami z bliskimi oraz tym, którzy potrzebują jakiejś ciepłej historii na dobranoc:)

Do przeczytania „Historii miłosnych”  zostałam zachęcona przez moją ciocię, która jest wierną fanką Schmitta. Miałam okazję czytać już jego książki, między innymi „Oskara i panią Różę”, dlatego wiedziałam czego się spodziewać- wzruszających, pełnych ciepła, radości i przede wszystkim miłości (jak sam tytuł sugeruje) opowiadań. Myliłam się. Powiało nudą, smętami i tanimi miłosnymi historiami.

Cała książka składa się z siedmiu historii, które nie mają ze sobą nic wspólnego. Każda jest zupełnie inna, ale… ale niemal w każdej ktoś umiera. Według mnie autor chciał motywem śmierci wzbudzić w czytelniku współczucie i dlatego umieścił go w każdym opowiadaniu. Owszem, śmierć to dobry wyciskacz łez, ale kiedy jest dobrze wpleciona w całe tło historii.

Czytając książki o miłości zdarza mi się uronić łzę czy zapisać cytat, który wpadł mi w oko.  To typowo kobiece, wiem ale cóż… z naturą nie wygrasz jak to mówią:)  Jednak czytając te opowiadania powiało taniością i zamiast z niecierpliwością przekręcać kolejne strony, odliczałam ich ilość do końca.

Spodziewałam się czegoś na poziomie wcześniejszych książek Schmitta. Zawiodłam się.

Starsi faceci, którzy interesują się młodymi kobietami są niesmaczni. Albo nie, nazwijmy sprawę wprost- są po prostu obleśni. Oczywiście mam na myśli mężczyzn około lat pięćdziesięciu, bez rodziny, mających kupę kasy na koncie, rasowego psa w ogrodzie i dwupiętrowy dom.

Czy powodem ich zachowania jest chęć odjęcia sobie kilku/kilkunastu lat dzięki pięknej młodej kobiecie u boku? Czy chodzi tylko o dziki seks? A może o zwykłe rodzicielskie uczucia, które obudziły się w nich nieco za późno?

Każdy facet chce być jak James Bond albo David Hasselhoff. Nie da się ukryć. Każdy z nich chce być podziwiany, szanowany i rozrywany przez kobiety. Taka natura, a z nią walczyć się nie da. Jednak w tym starciu młodsi mężczyźni mają większe szanse. Bond nie miał odstającego brzucha, wystających włosów z nosa i nie nosił starych, podziurawionych koszulek.

Młoda kobieta może wprowadzić powiew świeżości do sypialni takiego „dziadka”. Dzięki temu pięćdziesięciolatek znowu poczuje się jak bóg seksu i zdobywca świata. Zacznie czerpać z życia i z… kobiety. Młodej kobiety.

Na deserek zostały uczucia rodzicielskie. Powszechnie wiadomo, że to kobiety mają instynkt macierzyński. O  instynkcie ojcowskim się nie mówi za dużo. A przecież istnieje. Może to, że starszy facet nie posiada rodziny, dzieci skutkuje tym, że szuka sobie młodszej, słabszej osoby by wylać na nią ten cały zapas miłości i troski, który kumulował się w nim przez tyle lat?

Każdy wiek rządzi się swoimi prawami. Nie mam nic do związków w których jest duża różnica wieku, ale… ale starsi mężczyźni zachowujący się niczym młodzieniaszki nie są ani atrakcyjni ani pociągający.

Przynajmniej dla mnie.