Urzeka mnie w niektórych ludziach ich ciepło. Takie prawdziwe ciepło, które bije od nich na kilometr. Ich codzienna radość w oczach i uśmiech na twarzy. Ich spokój i opanowanie nawet w najbardziej stresujących sytuacjach. Podziwiam ludzi, którzy potrafią milczeniem załagodzić sytuację a jednocześnie umieją walczyć o swoje.

Jechałam ostatnio tramwajem. Stałam z przodu, tuż za szybą oddzielającą motorniczego od pasażerów. Podjechaliśmy na skrzyżowanie, tramwaj miał czerwone światło, więc się zatrzymaliśmy. Ludzie zaczęli przechodzić na pasach, tuż przed tramwajem. Koniec zielonego. Czerwone. I wtedy na pasy wkroczyła staruszka. Niska, skulona, z siwymi włosami. Z racji tego, że szła o lasce, przechodziła bardzo powoli. Motorniczy strasznie się wkurzył. Miał zielone światło i przez nią nie mógł ruszyć. Zaczął krzyczeć i trąbić. Co zrobiła staruszka? Zatrzymała się na tych pasach, uśmiechnęła się serdecznie, pomachała motorniczemu, przesłała buziaczki i poszła dalej.

Co trzeba mieć w sobie, żeby tak zareagować? Ile trzeba mieć w sobie cierpliwości i radości z życia, żeby uśmiechnąć się szczerze do kogoś kto właśnie Cię obraża? Skąd to czerpać? Nie wiem, ale chcę znaleźć odrobinę tego czegoś w sobie…