galopem-przez-zycie

czyli zawrotne tempo mojego życia

„Zagubieni” to trzecia część książki z serii ‘Lacey Flint’ napisana przez S.J. Bolton.  Cała seria skupia się na różnych morderstwach. Główne zadanie pani policjantki Flint? Oczywiście nic innego jak tylko dorwać okropnego zbrodniarza, by zapłacił za swoje krwawe czyny.

„Zagubieni” to historia o zabójstwach jedenastoletnich chłopców. Jeżeli ktoś oczekuje krwi, wyprutych flaków i mózgów na ścianach, to niech się nawet za tę książkę nie zabiera. To książka która skupia się na „wytropieniu” przestępcy. Nie jest to kryminał z serii: „po pierwszym zabójstwie wiem kto zabija i przez 300 stron się nudzę”. To książka, która trzyma w napięciu do końca, cały czas. To książka bardzo realistyczna, bez kosmitów i elfów i bez ataku zombie. To książka, która wywołuje ciary na rękach nawet u najtwardszych:)

Tutaj  nawet najmniejszy szczegół, zdanie czy zwrot ma sens, ale by ten sens poznać trzeba czytać dalej, dalej i dalej… Nie, tej książki nie odkłada się tak sobie na półkę zanim nie dokończy się jej czytać. Jest to TRZECIA część całej serii, a trzyma w napięciu dokładnie tak jak dwie pozostałe. Nie wiem jak robi to autorka i skąd czerpie pomysły na swoje dzieła, ale  z pewnością ma talent. Co ciekawe? Tylko jedno wydawnictwo postanowiło przetłumaczyć i wydać jej książki. Szkoda tylko, że nie przetłumaczono na polski wszystkich książek napisanych przez Bolton, a skupiono się jedynie na tej serii.  Mimo wszystko, brawa dla wydawnictwa Amber i pani Agnieszki Kabala, tłumaczki.

Dodatkowa informacja:  Korekta książki do poprawy. Znalazłam błąd! Bo jak kobieta może powiedzieć:  „nie wiedziałem”? :>  Chociaż może profesor Miodek już pozwolił tak mówić…:)

Tłumacze nie mają łatwej pracy, zdecydowanie. Ale za to….jest fascynująca i zdecydowanie kreatywna. Dziś słów kilka o tłumaczeniu przepisów kulinarnych i nazw potraw.

1. Weźmy przykład znanej angielskiej potrawy „Ploughman’s lunch”. Oczywiście w dosłownym tłumaczeniu (czego tłumacz robić nie powinien, a może inaczej: czego DOBRY tłumacz robić nie powinien) nazwa ta oznacza „Śniadanie Oracza”. Pomyślmy jednak nad tym- siedzimy w restauracji, dostajemy menu a tam pozycja nr 12: „Śniadanie oracza”. Brzmi to tak zachęcająco, że  z pewnością każdy by się skusił. Zatem jak sobie poradzić z tym fantem? Najpierw trzeba się zastanowić z czego składa się ta potrawa. To danie to nic innego jak ogromna ilość mięsa, jaj, serów, chleba i warzyw na jednym talerzu. Można powiedzieć- NA BOGATO!:) W Polsce, danie które zawiera ogromną ilość mięsa, najczęściej nazywane jest daniem rzeźnika (np. Pizza Rzeźnika, Talerz Rzeźnika itd.) Problem w tym, że rzeźnik kojarzy się nieco brutalnie i krwiście, co również może zniechęcać. Śniadanie farmera? Brzmi lepiej. Rolnika? Czemu nie.

Druga cześć nazwy „lunch”. Owszem, w języku polskim już funkcjonuje ta nazwa, ale ja mimo wszystko uważam, że spokojnie można „lunch” zastąpić „śniadaniem” lub „wczesnym obiadem”. Ostatecznie „drugim śniadaniem”. Ja mimo wszystko skłaniam się bardziej ku pierwszej opcji.

2. „Toad- in- the- Hole” w dosłownym tłumaczeniu: „Ropucha w dziurze”. Brzmi pysznie. W rzeczywistości to nic innego jak kiełbaski zapiekane w puddingu Yorkshire. I myślę, że spokojnie można na tym zostawić tłumaczenie nazwy tej potrawy. Widząc tak przetłumaczoną nazwę, wiemy co jemy i z pewnością nie pomyślimy, że zaserwują nam na talerzu kawał ropuchy.

Nie, nie, nie. Nie myślmy, że to tylko w Anglii mają takie szalone nazwy potraw. Przykład? Polskie gołąbki, kluski leniwe? Istne szaleństwo dla tłumacza i niesamowite pole do popisu.

A teraz weźmy coś z przepisów kulinarnych….

Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego od tłumaczenia przepisów kulinarnych…co za problem: wymienić kilka składników i przetłumaczyć: pokrój, zetrzyj, wymieszaj, dodaj….

Ha! Błąd. Dlaczego? Angielskie masło jest solone, więc jeżeli w  przepisie z angielskiej książki kulinarnej wśród wymienionych składników  jest masło, w Polsce trzeba uwzględnić oddzielnie sól w przepisie. Angielska mąka jest już z proszkiem do pieczenia, więc kiedy nie weźmiemy tego pod uwagę, nie liczmy na to, że ciasto które robimy zgodnie z angielskim przepisem urośnie nam tak jak na obrazku. Część słowników (szczególnie te małe, raczej do niczego niż do czegoś)  mówi, że „saute” i „fry” to smażyć. A i owszem, prawda. Szkoda tylko, że pierwszy czasownik odnosi się do smażenia w bardzo małej ilości tłuszczu, podczas gdy drugi oznacza smażenie w głębokim tłuszczu.Prawie żadna różnica:)

Tak na dobrą sprawę to można wymieniać i wymieniać i….i jednak różnice między językami i kulturami są fascynujące:)

Ona vs. On

8 komentarzy

Tyle lat, tyle przeżyć, tyle różnic, a wciąż zafascynowani sobą…

On? Zapracowany, zapatrzony w monitor komputera i to nie tylko wtedy kiedy ma do skończenia jakieś projekty. W tle zawsze leci muzyka. Własna? A i owszem. Uwielbia odpoczywać na tapczanie i oglądać filmy. Wszelkiej maści. Sernikiem nie pogardzi nigdy. Spałaszuje go z uśmiechem i poprosi o dokładkę.  Podróże woli zostawić innym, ale to chyba dlatego że w młodości nie wyjeżdżał zbyt często z domu. Lubi zakupy. Ale głównie te muzyczno- gitarowo- wzmacniaczowe. Inne z braku wyboru przeżyje. Dusza towarzystwa. Gdzie się nie ruszy ma znajomych, a jak nie ma to zaraz będzie miał. Otwarty, uśmiechnięty człowiek. Spokojny i cierpliwy. Ze specyficznym poczuciem humoru. Lubi majsterkować, choć głośno o tym nie mówi. Potrafi uszyć piórnik, zrobić pudełko na biżuterię czy bombkę na choinkę. Pierścionek własnej roboty? No problem.

Ona? Wiecznie w książkach i to nie dlatego, że musi a dlatego, że chce i to uwielbia. Cisza. Kocha ciszę w której może zatopić się z dobrą książką i kubkiem gorącej kawy. Nie może siedzieć bezczynnie. Musi coś robić, żeby nie zwariować. Cokolwiek- od sprzątania w szufladach, przez spacer, aż po jazdę konną . Planuje wszystko- podróże te bliskie i dalekie. I te w marzeniach ma już zaplanowane od dawna. Chce zobaczyć jak najwięcej świata, bo świat jest dla niej fascynujący. Ludzie też, mimo tego że stroni od nich. Woli się im przyglądać niż z nimi rozmawiać. Właśnie przez to ma tylko (albo aż!) kilku znajomych. Oni jej wystarczą. Niecierpliwa, szybko się denerwuje, a już szczególnie kiedy coś idzie nie po jej myśli. Szybko płacze- ze wzruszenia też.  Kolekcjonuje wspomnienia, do których często wraca.

Razem? Razem uwielbiają smażyć naleśniki, tańczyć walca, pić wino, jeździć na rowerze, śpiewać w samochodzie, spacerować. A przede wszystkim BYĆ ze sobą.  

Nie ma przecież nic ważniejszego…

Kto czytał i jak wrażenia?:)

Przeczytałam tuż przed świętami i podejrzewam, że moje zdanie na temat tej książki może się znacznie różnić od tych, które czytamy w internetach:)

Chyba nie rozumiem dlaczego ta książka zrobiła takie wielkie BUM w literaturze. Zachęcona opiniami koleżanek i opowieściami jak to w wakacje na plaży w różnych częściach świata kobiety czytały książkę z „szarą okładką” stwierdziłam, że najwyższy czas uzupełnić braki i dołączyć do grona fanek Greya.

Przeczytałam. Owszem, dość szybko, ale chyba w moim przypadku to żadna nowość. Książka jest wciągająca. Młoda studentka, która ulegając urokowi przebogatego, przeprzystojnego i przeboskiego Greya ładuje się w tym samym w pewną „umowę”. No i cały pic polega na tym jaka to umowa. Oczywiście jak nie wiadomo o co chodzi w literaturze kobiecej, to chodzi o seks.

Mówią, że opisy ich dzikiego pożądania wywołują gęsią skórkę. No cóż, nie u mnie. Nie kręci mnie coś takiego. Szczególnie, że te opisy zajmują większą część książki. Obrzydzenie- to czułam czytając ich miłosne uniesienia.

Dziwi mnie też, że tę książkę napisała kobieta. I ta książka jest uwielbiana i wychwalana pod niebiosy przez miliony kobiet na świecie (ponad 2miliony sprzedane w UK- o zgrozo!). Nie wiem z czego to wynika…ukryte pragnienia? Przełamanie tematu tabu? Who knows.

No dobrze, podsumowując kolejnych części czytać nie zamierzam. W  przyszłym roku  ma być premiera filmu. Obawiam się, że jeżeli reżyser tego w jakiś skrupulatny sposób nie ogarnie, może wyjść z tego tani pornos dla nastolatków.  Trzymam kciuki, żeby film był na JAKIMŚ poziomie i idę czytać coś lepszego:)

Nowy rok.

2 komentarzy

Nie rozumiem tego świętowania.

Bo niby co świętujemy?

To, że przybyło nam lat? Czy może to, że kolejne noworoczne postanowienie nie zostało zrealizowane? To, że w kraju coraz gorzej, że rodziny rozbite, że brak nadziei, że ludzie są nieszczęśliwi czy może to, że głód na świecie i kolejne wojny?

Nie rozumiem, ale…

witaj nowy roku. Z całą nowością, którą przyniesiesz- witaj.

Święta za pasem. Czas na porządki. Szafy, szafeczki, szuflady, zakamarki….no i bum. Szuflada. Wielkie pudełko po butach. Pudełko śmieci.

” W tym roku coś wyrzucę. Za dużo tego.”

No to zaczynam…kalendarze. Zbieram wszystkie, odkąd zaczęłam ich używać. Najstarszy ma 6lat. A w nich? A w nich informacje o kartkówkach, sprawdzianach, ulubione cytaty, wierszyki o nauczycielach wymyślane na przerwach w szkole, kartki z zebrań z ocenami z poszczególnych przedmiotów, ustalenia dotyczące studniówki, milion ulotek na temat studiów za granicą, wciśnięta gdzieś między kartkami grająca imieninowa kartka od babci….Nie, kalendarze zostawię. Jak mogłabym pozbyć się któregoś roku mojego życia?

To może coś z tych kartek i listów. Tyle tego jest….Pocztówki z wakacji, walentynki od cichych wielbicieli z podstawówki, rysunki od tego, tamtego, tamtej i tej, listy z wyznaniami tęsknoty kiedy to moja przyjaciółka przeniosła się do innego miasta…Zaraz, zaraz…od ilu lat nie mamy kontaktu? Już nie wiem. Nie pamiętam.

Jak mogłabym pozbyć się czegoś z TAKICH rzeczy? Każdy rok to kawałek mojego życia, milion wspomnień i drugi milion osób, których już nie ma.

Uśmiechnęłam się z sentymentem i zamknęłam pudełko.

Wyrzucę coś za rok.

Biedronkowe buble

5 komentarzy

Biedronka- dużo tanich i dobrych kosmetyków.

WRONG!

Biedronka- dużo tanich i kiepskich kosmetyków.

1. Zacznę od bubla nad bublami- ZMYWACZ DO PAZNOKCI W PŁATKACH. Kupiłam go jakiś czas temu, zachęcona promocją gazetki kosmetycznej i…zmywacz ten skończył w koszu. Niestety, bo zazwyczaj staram się używać produktów do końca nawet wtedy, kiedy nie jestem zbyt szczęśliwa kiedy ich używam. Z wielu propozycji zapachowych wybrałam ten, kokosowy:

I co o nim? Płatki niemiłosiernie cieniutkie. Takie, że rozdzielanie ich zajmowało dość sporo czasu. Do tego potwornie nasączone, co byłoby bardzo pozytywne, gdyby był to faktycznie zmywacz do paznokci. Ale nie był. Ta substancja, bo tak mogę to nazwać, była tłusta. Normalnie oleista. I gdyby ten olej pozytywnie wpływał na paznokcie czy okolice paznokcia…byłoby super. Ale nie wpływał. Efekt natłuszczenia trwał za długo i był…w ogóle nie był potrzebny, bo nie robił kompletnie nic poza brudzeniem wszystkiego wkoło.

…gdyby jeszcze dobrze zmywał lakier. Ale nie zmywał. Nie poradził sobie nawet z takimi klasykami jak mój ukochany Golden Rose! Tego nie wybaczę!:)

A zapach? Sztuczny, który nic a nic nie przypominał.

2. Drugi bubel to…KREM DO RĄK. Odmładzający krem do rąk firmy BeBeauty.

Szczególnie polecany osobom z suchą, pozbawioną elastyczności skórą. Podobno też zapobiega starzeniu i wygładza. Tak przynajmniej producent pisze na opakowaniu tego produktu. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że jeżeli chodzi o kremy do rąk jestem wymagająca. A w zasadzie to moje ręce:) MUSI dobrze nawilżać i wygładzać. Ten nie robi nic, poza tym, że ma ładny jak dla mnie zapach. Druga pozytywna rzecz- nie zostawia tej tłustej powłoki po użyciu. Wchłania się dość szybko. Mimo to, obiecany efekt odmłodzenia dłoni i nawilżenia…BRAK.

3. Wspomnijmy jeszcze o….MLECZKU DO DEMAKIJAŻU!

Z tego co się orientuję jest kilka wersji tego mleczka. Ja wybrałam do skóry suchej i wrażliwej. Na opakowaniu jest napisane, że zawiera m.in olej migdałowy, który niby ma natłuszczać i wzmacniać; ekstrakt z nagietka, który działa kojąco; glicerynę, która ma działać nawilżająco. No cóż, ja wiem jedno- nie zmywa dobrze makijażu i co najgorsze- szczypie w oczy! Jak mleczko łagodzące może szczypać w oczy?! Nie rozumiem.

Jest to nowa wersja tego produktu. Stara była zupełnie dobra. Miała rzadszą konsystencję, nie szczypała i faktycznie radziła sobie nawet z tuszem wodoodpornym. Szkoda, bo wiem, że jak tylko skończę tę buteleczkę to zakupię coś innego.

Tyle na temat bubli biedronkowych. Te mnie wystarczająco zniechęciły do testowania kolejnych.

Ostatnio złożyło się tak, że rozmawiam z ludźmi na poważne tematy. A może inaczej: Oni do mnie mówią a ja słucham. W sumie można powiedzieć, że mówią o swoich problemach. Mówią to mi- osobie której nie znają dobrze, którą widzą może 7 raz w życiu, osobie z którą łączy ich jedynie uczelnia, zajęcia…

Każda z tych osób ma inny problem, ale łączy je to samo- te osoby są potwornie nieszczęśliwe. Zatracają się w tym świecie. Świecie, gdzie najważniejszy jest pieniądz, nie człowiek. Gdzie jest wieczny pośpiech, gdzie nie ma czasu okazywać uczuć i mówić o nich głośno. Gdzie lepiej przemilczeć niż wdawać się w dyskusję.

Praca, praca, praca. Po latach następuje pobudka. Mimo kilku(nastu) zer na koncie, mimo świetnego doświadczenia i wspaniałego stanowiska w firmie brak wszystkiego. Brak ciepła, rodziny, zrozumienia, brak pomysłu na życie. Brak tego, co najważniejsze.

Widzę łzy w oczach osoby, która mówi jak bardzo jest dumna ze swojej rodziny. Rodzina jak z obrazka- pięcioro dzieci i rodzice. Kochają się, lubią ze sobą spędzać czas, ale….tutaj o uczuciach się nie mówi. Emocje lepiej pozostawić dla siebie. Rozmowa o tym, o czym trzeba, bo każdy ma swoją prywatność i swój świat, do którego nie wolno wchodzić innym członkom rodziny. To nie dlatego, że brak tu zaufania. Tak po prostu jest bezpieczniej- każdy tkwi w swoim pancerzu i nie wychodzi z niego. Tutaj okazywanie uczuć jest  objawem słabości.

Ludzie są nieszczęśliwi, bo nie mają priorytetów. Nie wiedzą jak żyć, żeby czuć się dobrze. Oni nawet nie wiedzą co uczyniłoby ich szczęśliwymi. Chcą być szczęśliwi, ale nie wiedzą jak.

Ludzie są nieszczęśliwi, bo nie rozmawiają ze sobą. I to nie tylko kwestia braku czasu, ale przede wszystkim braku chęci. Wolą pozostać w swoim świecie niż wyjść na zewnątrz, otworzyć się i powiedzieć wprost co czują. Nie potrafią rozmawiać ze sobą. W końcu nikt ich tego nie nauczył…

Chciałabym, żeby ludzie byli szczęśliwi, tylko…. to zależy tylko i wyłącznie od nich samych. Mogę wysłuchać, doradzić ale….ale nie mogę nic zmienić. Niestety.

Zakończył się na dobre. Kolejny dłuższy, a nawet mogłabym rzec zupełnie długi weekend w grudniu, świąteczny.

Ale póki na dobre zajmę się odliczaniem dni do kolejnego, szybka retrospekcja. I moje przemyślenia.

Niedziela, wieczór. Spotkanie starej paczki gimnazjalno-licealnej w pobliskiej knajpce.

Przychodzą wszyscy, siadają, rozmawiają, śmieją się. Wszyscy niby jak dawniej, a jednak zupełnie inni.

Od zakończenia liceum minęło kilka ładnych lat. Widujemy się często, bo kilka razy w roku. Za czasów gimnazjalno- licealnych nasze spotkania odbywały się na działce, w plenerze albo w małym studiu. Zawsze z radością czekaliśmy na moment kiedy mogliśmy razem się spotkać, plotkować o nauczycielach, szkole, ludziach, wypijając przy tym pierwsze piwo, a nawet pierwsze pół litra:) Bez karaoke nie było imprezy, a jak nie karaoke to gitara, śpiewy, tańce do białego rana. Tak, to były piękne czasy.

Czas mijał. Zaczęły się pojawiać osoby towarzyszące. Ten przyszedł z nową dziewczyną, a tamta z chłopakiem, bo już byli 3 miesiące razem no to jak to tak bez…Kolejne imprezy się odbywały, ludzi przybywało. Ten doszedł, tamten już z inną dziewczyną przyszedł, a tamta płakała w kącie, bo kilka dni temu rozstała się ze swoją miłością. Ludzie przewijali się najróżniejsi, a spotkania wciąż się odbywały…

I nastał czas, kiedy spotykamy się w knajpie. Ci zaręczeni, tamci przyjechali specjalnie na to spotkanie z Wrocławia, gdzie mieszkają na stałe, tamten pisze pracę dyplomową, ci grają w zespole i żyją koncertami, ten przyszedł z nową dziewczyną, tamci urwali się z rodzinnej imprezy, żeby zdążyć, ten jak zawsze zamyślony- pewnie myśli o kolejnych wierszach które ma do napisania, a tamci siedzą i się cieszą, jak zawsze. Zmieniło się miejsce, czas, tematy rozmów. Zmieniliśmy się my.  Teraz rozmawiamy o pracy, polityce, narzekamy na bezrobocie, na brak czasu, popijając przy tym kolejne, nic nie znaczące piwo w naszym życiu.

Owszem, zmieniliśmy się. Nie mamy ze sobą kontaktu na co dzień. Każde żyje swoim życiem, swoimi radościami i kłopotami. Każde jest na innym etapie życia. Nie zmieniło się jedno- wspomnienia, które wciąż nas łączą.

Czekanie jest fajne?

4 komentarzy

Czasem jest tak, że na coś długo czekamy, potem to nadchodzi, szybko mija i znowu wybieramy „cel” na który czekamy. I żyjemy cały czas na coś czekając.

Wybrałam sobie nowy cel. A może nie ja go wybrałam, ale on mnie wybrał?:) Póki nastąpi to na co czekam, to jeszcze sobie trochę poczekam. Ale….ale jest to pozytywne czekanie.

Można czekać bezczynnie. Jej, ile razy mi się to zdarzyło! Smęcić, marudzić i narzekać, że jeszcze tyyyyle czasu i przez to podświadomie wydłużać sobie ten czas. Odliczać dni, godziny, a nawet minuty….o nie, nie, nie. Na takie czekanie to ja się już nie zgodzę. Przeżyłam taki rok, gdzie odliczałam czas od weekendu do weekendu. Liczyłam wszystko co się dało. I każdy dzień dłużył mi się niemiłosiernie. Teraz wiem, że to było totalnie bezowocne czekanie.

Można czekać i działać. Czekać i żyć jednocześnie. Cieszyć się każdym dniem, którzy przybliża nas do tego, na co czekamy. I dreptać w miejscu z podekscytowania na samą myśl o tym co się wydarzy. I uśmiechać się na samą myśl tego. I przygotowywać się i psychicznie i fizycznie.

Tak, czekanie jest fajnie jeżeli tylko potrafimy ten czas oczekiwań odpowiednio wykorzystać.