galopem-przez-zycie

czyli zawrotne tempo mojego życia

Na moje „Jestem zmęczona” albo „Czeka mnie ciężki tydzień” nie ma żadnej reakcji ze strony ludzi albo odpowiadają „Zobaczysz jak zaczniesz pracować!”. Owszem, nie pracuję na pełen etat. Przecież jedyne co robię w życiu to zdobywam wiedzę na uczelni wyższej. Kilka zajęć dzielnie, jakieś kolokwium, kilka egzaminów w roku. Przecież to takie banalne.

Ludzie pracujący mają ciężko. Nie mówię nie. Muszą dawać z siebie 100% żeby ich doceniono. Muszą pracować 8h dziennie (czasem dochodzi do 14h, kiedy muszą zostać po godzinach), na podwyżkę/nagrodę muszą zasłużyć ciężką pracą, a każdy ich ruch może być obrócony na ich niekorzyść. W każdej chwili mogą stracić pracę.

A ja? A ja mam zajęcia na uczelni, po zajęciach codziennie lecę prosto do dzieciaków, żeby pomóc im nieco w lekcjach i wytłumaczyć to czego nie rozumieją, potem biegnę do domu, żeby przygotować się na następny dzień do zajęć. Nauczyć się 1000 słówek na kolokwium? No co to dla mnie w mojej beztroskiej codzienności. Pobiec do biblioteki, żeby znaleźć książki na bazę do pracy dyplomowej? O ludzie, to przecież tylko kilka minut! Zakupy? To może po drodze…Pomalować paznokcie? W weekend, teraz nie zdążą wyschnąć. Spotkanie towarzyskie? Oj, może w przyszłym tygodniu. Kawa? Wezmę na wynos.

Każdy ma ciężko na swój sposób. Najważniejsze, to żeby szanować swoją pracę. Pracujący- studentów, studenci- pracujących, gimnazjaliści- nauczycieli, a maturzyści- uczniów szkoły podstawowej.

Wiesz co? Szykuje mi się ciężki tydzień…

Szukałam absolutnie wściekle różowego lakieru do paznokci, żeby pasował na dzisiejsze wieczorne. Oczekiwania spełniła oczywiście firma Golden Rose. Ta firma mnie nigdy nie zawodzi. Z racji tego, że na co dzień nie używam tak intensywnych kolorów na paznokciach, zdecydowałam się na kupno małego, ale jakże ładnego i pasującego mi koloru 161 z serii Miss Selene. Oto i on:

Żeby kolor był intensywny i żywy, pomalowałam paznokcie trzema warstwami. Wysechł bardzo szybko, a efekt jest właśnie taki jaki chciałam:

Czyż nie pięknie prezentuje się z szarością?:)

Oto ONA!:)

Kupiłam ją jakieś 2 miesiące temu, akurat była w promocji. Z racji tego że nigdy wcześniej nie stosowałam produktów Lirene, doszłam do wniosku że to najwyższy czas. I co? Miłość od pierwszego użycia:)

Pianka zawiera olejek bawełniany, wyciąg ze słonecznika oraz glicerynę. Przeznaczona jest dla osób 20+. Producent zapewnia nas, że pianka nadaje się do demakijażu i mycia twarzy. Cóż…do demakijażu bym jej nie poleciła. Owszem, oczyszcza, ale chyba nie aż tak dokładnie, że poradziłaby sobie z tuszem, cieniami, podkładem i innymi dziwnymi rzeczami:) Osobiście mi to nie przeszkadza, bo pianka do mycia twarzy ma za zadanie myć twarz, a nie poradzić sobie ze wszystkim:)

Konsystencja? Genialna. Wygląda jak bita śmietana, a ten dozowniczek sprawia, że jeszcze bardziej tak mi się kojarzy.

Zapach? Zdecydowanie przyjemny i świeży.

Uczucie „ściągnięcia skóry”? Mimo tego, że bardzo często po używaniu niektórych produktów do mycia twarzy mam takie uczucie, po tej piance o dziwo nie. Producent nie kłamie:)

Działanie. Na opakowaniu producent gwarantuje, że zawarty w produkcie wyciąg ze słonecznika nada naszej skórze miękkości i jedwabistej gładkości oraz że ochroni młodość i piękno naszego naskórka. Gliceryna natomiast nawilży i nada uczucie komfortu. Cóż…może trochę przesadzone, bo jakoś nie widzę, żeby moja skóra była super piękna po stosowaniu tej pianki, ale to co już napisałam- bardzo dobrze OCZYSZCZA i ODŚWIEŻA. A to się dla mnie liczy.

Z racji tego, że pianka się już skończyła, zdecydowałam się na zakup kolejnego produktu Lirene. Tym razem postawiłam na żel nawilżający do mycia twarzy zawierający wyciąg z lipy i glicerynę. W planach mam jeszcze testowanie nowego wydania wyżej opisanej pianki- pianki myjącej z serii Youngy 20+ z guaraną. Zachęca!

A teraz czekam na sobotę, by udać się do drogerii Hebe  i w promocji zapolować na mój pierwszy lakier do paznokci firmy Essie:)

Możesz uważać, że nie nie jestem sprawiedliwa. Możesz pomyśleć, że z moimi wartościami nie powinnam tak mówić i myśleć. Możesz stwierdzić, że nie wolno o tym głośno mówić. Ale wiesz co? Naprawdę bardziej mi szkoda bezdomnych zwierząt niż ludzi.

Przybłąkał się do nas mały, czarny kotek. Nie lubię kotów. Ale ten…może i dlatego że jest mały, może dlatego że ma chorą łapkę i może dlatego, że jest nieco brudny i boi się ludzi….Patrzę na niego inaczej. Może dlatego, że ma w oczach ból? Że tak strasznie płacze? Nie wiem.

Szkoda, że ludzie są tak podli. Mają wpływ na los zwierzęcia i tak nieumiejętnie to wykorzystują. Dobrze wiedzą, że zwierze nie powie, nie zaprotestuje, nie zrobi wielkiej zadymy czy strajku pod sejmem. Nic nie zrobi. Skuli się i odejdzie. Bo go nie chcą.

Człowiek? Jego bezdomność najczęściej jest wyborem. To nie jest tak, że z dnia na dzień traci się dom, rodzinę, pieniądze. To nieodpowiednie wybory zmuszają człowieka do spędzenia życia na ulicy. Do żebractwa.

Kotek jest. Każdego wieczora przychodzi by spędzić noc na wycieraczce.

Telefon do weterynarza- co zrobić? gdzie zanieść? Odpowiedź- nie do schroniska, tam go nie wezmą. Może wolontariusze…ale to też nie wiadomo.

Z rąk do rąk.

Od ludzi do ludzi.

Niechciany.

Jak młody zespół muzyczny, poeta czy malarz może  „wybić się” i osiągnąć sukces w Polsce? Nie znam  się na tym, ale obserwuję. Mam okazję bacznie przyglądać się bliskiemu mi początkującemu poecie i młodemu zespołowi.

Zespół.

Składa się z niewielu osób, dokładnie czterech. Gitara, perkusja, bas i wokal. Grają od ponad roku w zrobionej własnoręcznie salce (do dziś pamiętam akcję- zbieramy dywany, żeby wyciszyć salkę!:)). Co grają? WŁASNĄ muzykę. Sami piszą teksty, sami komponują. Sami się dogadują, bo każdy z nich ma inny pomysł na wszystko. Są różni jak angielskie dialekty. Stwierdzają, że najwyższy czas zacząć działać. Czas pokazać innym jaki kawał roboty wykonali. Kto ich będzie promował jak nie własne miasto? Zapada decyzja- zaczynamy tu. No i zaczęli. Mimo licznych trudności, udało się wystąpić na miejskim festiwalu. Zagrali. Publiczność…hm…nieduża, ale na początek w sam raz. Oczywiście zagrali za darmo, bo przecież zależało im na promowaniu się, nie na dorobku. Miasto nie ma pieniędzy, więc nie ma co liczyć na honorarium. Co dalej? „Byliście super, chłopaki!”. I co z tego? Jak sami się nie postarają, żeby jeszcze gdzieś grać to nikt ich nie poprosi, nie zachęci…No tak, w dzisiejszych czasach trzeba walczyć jak lew. O wszystko. O to, żeby wpuścili na scenę za darmo też.

A gdyby….a gdyby nagle okazało się, że chłopaki stają się popularni w Polsce? Tak na skalę zespołu Happysad, Weekend czy Kamila Bednarka? Chyba wiadomo co robi wtedy miasto…”To nasi! Są z miasta X! Tutaj zaczynali, tutaj stawiali swoje pierwsze kroki! Takich mamy muzyków!”

A poeta?

Z nim podobnie. Młody chłopak, z wielkim potencjałem. Zaczynał od wysyłania wierszy tu i ówdzie. Do fundacji wspierającej młode talenty, do księdza proboszcza, który pracuje z dziećmi w szkole, do krytyków tych i tamtych, do biblioteki, do miejskiego centrum kultury…można wyliczać i wyliczać. W tym wszystkim chłopak ma jednak szczęście. Został odnaleziony w sieci przez równie młodego pisarza. Ten prosi poetę o napisanie kilku wierszy do jego książki i tak się zaczyna…

Wydanie książki wiąże się z jej premierą, promocją. I tak mocno zaangażowany w ten cały projekt młody poeta szuka w swoim mieście wsparcia. Potrzeba kogoś kto obejmie patronat. Poszukiwania zaczęły się pełną parą. Odzew? Żaden. Nic. Zero.

Oto właśnie wielkie promowanie talentów.

Poeta się nie poddaje. Pisze dalej. W końcu podpisuje umowę z wydawnictwem. Za trzy miesiące będzie tomik. Trzeba będzie zrobić promocje…Jestem pewna, że wtedy chętnych nie zabraknie, bo przecież komuś ten sukces trzeba przypisać. To przecież wspaniałe miasto go ukształtowało, było inspiracją, motywacją….

Nie mówię, że każde miasto tak działa. Wiem, że moje takie jest. To smutne i zdecydowanie zniechęcające- i do życia tutaj i do rozwijania swoich talentów. Bo przecież lepiej MIEĆ sukces niż POMAGAĆ go osiągnąć, nie? Pomoc jest ściśle powiązana z trudem jaki trzeba wykonać. Miasto nie lubi się trudzić. Miasto woli mieć podane wszystko na tacy, gotowe. Po co komuś za coś płacić? Niech robi za darmo. Po co wspierać? Przyjdzie z sukcesem, to wtedy będzie miał wsparcie. Lepiej spijać śmietankę…

 

Rozgoryczona O.

Dziś nieco inaczej. Zupełnie inny temat. Całkiem nowy produkt na rynku kosmetycznym.
A mianowicie przedstawiam lakier piaskowy- Holiday Nail Color (numer 61) firmy Golden Rose.

Zacznijmy od firmy Golden Rose. Jak dla mnie jedyna słuszna firma kosmetyczna na rynku jeżeli chodzi o lakiery do paznokci. Niestety nie miałam okazji jeszcze dokładnie sprawdzić pozostałych produktów poza drobnymi np. korektor, puder. Było to niestety tak dawno, że ciężko powiedzieć mi coś więcej o produktach tego typu. A lakiery? Dla mnie bomba. Posiadam kilka(naście?) odcieni lakierów tej firmy z różnej serii- od ‚ Nail Laquuer with Protein‚ (MOJA ULUBIONA!:)) przez ‚Mini Nail Lacquer- miss selene‚, ‚Mini Nail Lacquer- Classics’, po ‚Nail Lacquer- Paris Summer Collection’.

Dlaczego lubię lakiery tej firmy?

Po pierwsze TRWAŁOŚĆ. Jestem kobietą pracującą, zmywającą, gotującą, piekącą, krojącą i wykonując te wszystkie czynności taki lakier może wytrzymać spokojnie nawet do 5 dni. To dużo, biorąc pod uwagę trwałość lakierów innych popularnych na rynku firm.

Po drugie PALETA KOLORÓW. Prawdziwy raj dla kobiet lubiących kolorowe paznokcie. Szeroki wybór odcieni, błyszczące/matowe, z brokatowymi drobinkami czy bez, faktura którą uzyskamy po nałożeniu na paznokieć- do wyboru do koloru:)

Po trzecie CENA. Zdecydowanie dobre i tanie. Czego chcieć więcej? Jakość w stosunku do ceny genialna.

Po czwarte DOSTĘPNOŚĆ. Ja nie mam z tym problemu. Mieszkam w dużym mieście i w sumie mam już swoje „upatrzone” sklepy z produktami Golden Rose, więc nie mam zastrzeżeń.

Po kolejne- WYBÓR POJEMNOŚCI- mały lakier/ większy lakier. Czyli…Golden Rose daje możliwość EKSPERYMENTÓW. Zdarza się, że mam ochotę kupić lakier w szalonym kolorze na kilka razy. I to co jest świetne- idę, kupuje mały lakier Golden Rose i po problemie. No i nie wyrzucam po kilku miesiącach z powodu nieużyteczności, a korzystam aż do całkowitego zużycia. Taka jestem- nie lubię jak się marnuje:)

Po następne- KONSYSTENCJA i ŁATWOŚĆ NAKŁADANIA. Nie mam nic do zarzucenia. Zawsze nakładam na paznokcie dwie warstwy lakieru, żeby dobrze pokryć płytkę. Konsystencja mi odpowiada. Nie jest za gęsty i za wodnisty. Dobrze się rozprowadza i w miarę szybko wysycha.

No dobrze, a teraz konkrety na temat tego konkretnego lakieru piaskowego (Holiday Nail Color).

Z okazji wesela w rodzinie na które zmuszona byłam pójść i chabrowo- kobaltowo- niebieskich dodatków do sukienki zdecydowałam się na kupno lakieru w odcieniu 61 tej serii. Dlaczego TA konkretna seria? Bo niewiele się o niej mówi. Chciałam sprawdzić. A odcień idealnie komponował się z moimi sukienkowymi dodatkami.

Zacznijmy od tego, że za lakier zapłaciłam 10,90 w promocyjnej cenie. Bez promocji kosztuje 12.90. Dotarłam do domu i zaczęło się wielkie malowanie. Cóż mogę powiedzieć…Nałożyłam pierwszą warstwę i pomyślałam- marny efekt. Po chwili spojrzałam i nie mogłam oderwać oczu! Faktura razem z wyschnięciem lakieru robiła się coraz bardziej chropowata i „piaskowa”. Po wyschnięciu drugiej warstwy paznokieć jeszcze bardziej przypominał „piaskowy”, lekko połyskiwał i co najważniejsze- był taki „inny” w dotyku, że aż trudno go było nie miziać:D

Kolejny plus- pędzelek. Golden Rose- apeluję o zmianę pędzelków na takie we wszystkich Waszych lakierach. Będzie super!

Lakier nie odpryskuje, jedyne co mu się robi, to efekt „piasku” zaczyna się ścierać delikatnie. Ale spokojnie kilka dni na paznokciach wytrzyma- bez poprawek oczywiście.

Nie rozumiem dlaczego o tej serii lakierów niewiele się mówi. Szkoda. Zdecydowanie szkoda, bo jest bardzo fajna i trwała. Jeżeli ktoś lubi nowości i „inność” swoich paznokci, a nie tylko matowość i zwykłość struktury to POLECAM! Ja w najbliższym czasie dokupię jeszcze kilka kolorków z tej serii:>

A oto prezentacja koloru i faktury:

   

Przepraszam za jakość zdjęć, ale nie posiadam najlepszego sprzętu.

 

 

„Ślub doskonały”

1 komentarz

W miniony wtorek z okazji bez okazji wybraliśmy się z narzeczonym do teatru. Żeby było tematycznie zdecydowaliśmy się na sztukę „Ślub doskonały” w teatrze Kwadrat. I…?

I dla każdego coś miłego. Obsada genialna- W roli głównej Paweł Małaszyński w duecie z Martą Żmudą- Trzebiatowską oraz Katarzyna Glinka, Andrzej Nejman, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabarczyk.

Sztuka to niezła komedia w  dobrze dobranej obsadzie. Niesamowitym zaskoczeniem była dla mnie gra aktorska Andrzeja Nejmana. Pamiętałam go jedynie ze Złotopolskich, gdzie był chyba najnudniejszą postacią w całym serialu ( o ile w ogóle ktokolwiek był tam ciekawy:P) Oczywiście o Małaszyńskim czy Trzebiatowskiej nie ma co wspominać. Klasa sama w sobie. Genialni, no wprost genialni.

A co o sztuce? Jak już napisałam niezła komedia. Akurat na wieczór po ciężkim dniu, idealna na odstresowanie. Lekka, łatwa i przyjemna. No dobra, może i fabuła jest dość pogmatwana i z tego co zauważyliśmy wychodząc z teatru nie każdy ją zrozumiał (radzę wymieniać opinie na temat spektakli oraz ich sensu po opuszczeniu teatru, a nie wychodząc z widowni:)) ale zdecydowanie na plus.

Co jeszcze? Hmm…chyba watro wspomnieć o muzyce. Zdecydowanie „dzisiejsza” i wpadająca w ucho. Znana. Lubiana. Noga chodziła sama:)

Polecam. Zdecydowanie polecam! :)

Z racji tego, że niektórym kończą się już wakacje, dziś będzie nieco o jakże wakacyjnej książce „Gdzie diabeł nie może…dziewczyńska podróż dookoła świata”, wydanej przez wydawnictwo Feeria.

Autorki, czyli Justyna Minc i Paulina Pilch to dwie nieco szalone (jak dla mnie:)) kobiety, które decydują się na podróż dookoła świata. Zostaje ona opisana w dwóch częściach. Pierwsza z nich- „z Warszawy lądem na Bali” opisuje początek ich gap year od momentu podjęcia decyzji dotyczącej wyprawy aż do dotarcia na Bali.
Osobiście bardzo lubię czytać takie książki, bo sama uwielbiam podróżować. Tę część pochłonęłam jednym tchem i to nie tylko dlatego, że marzę by odwiedzić w przy

szłości Bali.  Na samym początku tej części znajduje się mapka z zaznaczonymi miejscami gdzie dziewczyny przebywały. Dzięki temu czytelnik w każdej chwili może do niej wrócić i odnaleźć miejsce o którym czyta w danej chwili.
Treść? Napisana fajnym, żywym, językiem. Praktyczne informacje na temat hoteli, ludzi, języków, jedzenia są zdecydowanie na plus, szczególnie dla osób, które wybierają się do opisywanych miejsc.
Osobiście urzekły mnie zdjęcia…W pierwszej części są głównie czarno-białe, natomiast w drugiej…praktycznie tylko kolorowe.

Druga część- „Antypody-Ameryka Łacińska” ma podobną konwencję i styl. Z racji tego, że do tej części świata nigdy nie miałam wielkiego sentymentu( a z języków romańskich podoba mi się jedynie włoski), ta część nie była dla mnie aż tak ciekawa jak pierwsza. No tak, ale to bardzo subiektywne zdanie. Reszta zdecydowanie na plus. No i te zdjęcia! Genialne! :)

Gratulacje należą się nie tylko autorkom za spisanie wszystkich przygód, ale także wydawnictwu Feeria. W Polsce chyba nie jest zbyt opłacalne wydawanie takich książek.

Z czystym sumieniem- POLECAM!

A tak oto prezentują się okładki obu części. (zdjęcie robione lodówką, proszę o wybaczenie:))

Usłyszmy trzy słowa za dużo, poczujmy jak wielki dzban poczucia niesprawiedliwości i goryczy wylewa się wewnątrz.

Eksplozja tego, co kumulowało się przez godziny, dni, miesiące….

„Jesteś nie taki. Nie podobasz im się. Powinieneś zachowywać się inaczej.”

Tańcz jak ci zagrają. Nie będzie cię bolało.

Tutaj nic nie będzie poukładane, posegregowane i przejrzyste.

Tutaj znajdziesz groch z kapustą, chaos, moje przemyślenia, recenzje książek, trzy słowa o modzie, kosmetykach, muzyce, filmach, serialach, biżuterii, sklepach i…ludziach. Wszystko i nic. Nic i wszystko.

Enjoy!