Do przeczytania „Historii miłosnych”  zostałam zachęcona przez moją ciocię, która jest wierną fanką Schmitta. Miałam okazję czytać już jego książki, między innymi „Oskara i panią Różę”, dlatego wiedziałam czego się spodziewać- wzruszających, pełnych ciepła, radości i przede wszystkim miłości (jak sam tytuł sugeruje) opowiadań. Myliłam się. Powiało nudą, smętami i tanimi miłosnymi historiami.

Cała książka składa się z siedmiu historii, które nie mają ze sobą nic wspólnego. Każda jest zupełnie inna, ale… ale niemal w każdej ktoś umiera. Według mnie autor chciał motywem śmierci wzbudzić w czytelniku współczucie i dlatego umieścił go w każdym opowiadaniu. Owszem, śmierć to dobry wyciskacz łez, ale kiedy jest dobrze wpleciona w całe tło historii.

Czytając książki o miłości zdarza mi się uronić łzę czy zapisać cytat, który wpadł mi w oko.  To typowo kobiece, wiem ale cóż… z naturą nie wygrasz jak to mówią:)  Jednak czytając te opowiadania powiało taniością i zamiast z niecierpliwością przekręcać kolejne strony, odliczałam ich ilość do końca.

Spodziewałam się czegoś na poziomie wcześniejszych książek Schmitta. Zawiodłam się.